~○~
Wskoczyłam na jedną z gałęzi, która wyglądała na wytrzymałą, po czym rozluźniłam łapy, by pozwolić im zwisać. Ziewnęłam cicho, obserwując zbierających się na sporej polanie nad urwiskiem zmiennokształtnych. Niezbyt dobry pomysł, zważając na różnorodność przebywających tu osób...Szczególnie zainteresował mnie śnieżnobiały wilk, który zgrywał groźnego, jednak ja wiedziałam lepiej- jak zawsze. Potrafiłam naprawdę dobrze wyczuć kłamstwo, być może to miało się okazać moim "darem". Nie miałabym nic przeciwko, ta umiejętność czasami była przydatna. Oczywiście nie prześwietlałam mojej rodziny i znajomych cały czas. Oczywiście.
Śnieżna bestia kręciła się pod drzewem, na którym siedziałam. Jeśli miałabym zgadywać, postawiłabym wszystkie drobne, które mi zostały, że osobnik znajdujący się pode mną jest płci męskiej. Dwuznaczność niezamierzona.
Jego matka (dorosłe wilki były bajecznie łatwe do rozpoznania) krążyła ostrożnie w trochę większej odległości, lustrując otoczenie w poszukiwaniu zagrożenia. Ojca nie było nigdzie widać, co zdawało mi się dosyć dziwne. Mój zajmował gałąź dwa metry nad moją i mruczał nisko.
Prawie spadłam z drzewa, kiedy obok mnie z piskiem wylądował wielki orzeł przedni. Zasyczałam na niego, dając znać o swojej obecności, przez co zachwiał się lekko i odwrócił w moją stronę.
Kiwnęłam głową, chcąc się w jakiś sposób przywitać, a on odpowiedział krótkim piśnięciem i machnięciem dziobem. Swoją drogą wyglądało to dosyć zabawnie.
Nie mogliśmy jeszcze zmienić swojej postaci na ludzką, więc pozostaliśmy w zwierzęcych skórach. Ryś obok orła.
Przeszły mnie tak zimne dreszcze, że musiałam skulić się w sobie. Spojrzałam na liście pobliskiej brzozy, ale te spoczywały bez ruchu, nie targane zimnym wiatrem. W takim razie co się stało?
Skupiłam się bardziej na chłodnym powietrzu i dotarło do mnie, że pochodzi z dołu.
Biała sterta kłaków ułożyła się wreszcie w jednym miejscu, a wokół niej trawa zamarzała w szybkim tempie.
Nie jesteś sam, głupi kundlu, chciałam powiedzieć, ale wyszedł z tego tylko syk.
Lodowate spojrzenie wbiło się we mnie, doprowadzając do dreszczy jeszcze sprawniej, niż mróz na dole. Syknęłam drugi raz, po czym poczułam ukłucie z tyłu głowy. Orzeł kręcił zabawnie swoim łebkiem, zapewne chcąc przekazać, że moje działania nie mają sensu. Warknęłam pod nosem i zaczęłam wspinać się wyżej.
Zatrzymałam się, gdy zobaczyłam wielkiego jelenia- zapewne bardzo oczekiwanego Pana Cassiela i smukłą łanię- jego żonę. Szukałam wzrokiem ich syna, ale nie dostrzegłam drugiego poroża i zrezygnowałam.
Zeskoczyłam jednak niżej, ich przybycie oznaczało początek spotkania, a tak przynajmniej powiedział mi ojciec, ale on mówi dużo rzeczy...
Spojrzałam jeszcze raz w stronę jeleni, a moje oczy rozszerzyły się na widok czarnego wilka kroczącego pomiędzy nimi.
Takie przypadki się zdarzały, jasne... Ale bardzo rzadko i nie w takich rodzinach jak ta.
Kiedy Pan Cassiel przybrał ludzką postać, my również mogliśmy to zrobić.
Wylądowałam zgrabnie na ziemi, a obok opadł, jak mniemam, mój nowy przyjaciel.
Już moment później stałam wyprostowana, otrzepując dłonie i kolana z kory, i piasku.
Uh, mój nowy przyjaciel był przystojny, serio.
Uśmiechnęłam się do chłopaka, mniej więcej mojego wzrostu, może wyższego centymetr albo dwa. Odpowiedział uniesieniem kącików ust i wyciągnięciem ręki na powitanie:- Cael.- przedstawił się, kiedy potrząsnęłam jego dłonią.
-Enid.- powiedziałam, bawiąc się sznurkiem od kaptura mojej granatowej bluzy.
-Miło mi poznać.- uśmiechnął się jeszcze szerzej, rozglądając się wokół.- Wiesz o co tutaj chodzi, bo ja nie za bardzo.- rzucił, nie przestając się szczerzyć.
-Naprawdę?- zdziwiłam się.
-Taa, wiem tylko tyle, że powinienem się tu dzisiaj pojawić.- wzruszył ramionami.- I coś kazało mi przylecieć na skrzydłach, co było... Nigdy tyle nie latałem. W pewnym momencie myślałem, że wyląduję w oceanie.- zaśmiał się, po czym zaciągnął powietrzem, jakby dopiero co wynurzył się z wody.
-Oceanie?- zapytałam, ściągając brwi i zastanawiając się skąd może pochodzić szatyn.
-Jestem z Wybrzeża Północno-Zachodniego.- oznajmił, bawiąc się drewnianymi kuleczkami, w które zaplątany był jego nadgarstek.
-A dokładniej?- podobno jestem niezła z geografii, zobaczmy czy to prawda.
-Queets? Pewnie niewiele ci to mówi...- powiedział zakłopotany. Um, tak. Nic mi to nie mówi, ale... opalona skóra, lekko rozjaśnione z wierzchu włosy, prawdopodobnie od słońca, kremowe drewno, z którego zostały wykonane koraliki z bransoletki to daglezja modra, a ona rośnie...
-Nad samym Pacyfikiem, tak?- zagryzłam wargę w oczekiwaniu na odpowiedź.
-Wow, tak, nie doceniłem cię.- uśmiechnął się, wypuszczając spomiędzy palców drewno.
-I ty przyleciałeś, aż stamtąd?- uniosłam brwi. Chłopak kiwnął wesoło głową, a jego oczy były tak szczere, że nie potrzebowałam mojego daru.- Jak?- wykonałam dziwny gest ręką, a kiedy już miał mi odpowiedzieć, rozległ się głośny ryk.
~○~
Kiedy ten gruby niedźwiedź ryknął, prawie rozsadziło mi uszy. Warknąłem pod nosem, powoli kierując się na miejsce zbiórki. Nie mieściło mi się w głowie, że mam spędzić kolejny rok w otoczeniu tych, ugh, podludzi. Jedynymi w miarę godnymi uwagi byli Geraint i Selene...
Wcisnąłem się pomiędzy nich, na co brunetka prawie mnie spoliczkowała.
-Oh, to ty, Dayen.- objęła mocno moją szyję, zmuszając do trzymania twarzy w jej ciemnych włosach. Gdyby nie to, że znamy się od dziecka, już dawno bym ją odepchnął.
-Tak, to ja.- posłałem jej krótki uśmiech, kiedy się odsunęła, po czym kiwnąłem do Gera.
-Miałeś wpaść na wiosnę.- zarzuciła mi.
-Byłem trochę zajęty...- powiedziałem obojętnie, na co dźgnęła mnie w żebra. Warknąłem gardłowo, a dziewczyna odsunęła się odrobinę.
Uniosłem głowę, chcąc skupić się na, próbującym zebrać uwagę wszystkich, przewodniczącym.
Wysoki blondyn zacisnął szczęki, gdy nadal wokół słychać było podekscytowane szepty. To mieli być przyszli Obrońcy? Prychnąłem, kiedy pięć minut później nic się nie zmieniło. Sir Grand zdawał się być naprawdę wkurzony, a to nie wróżyło niczego dobrego. Szybkim krokiem dopadł jednej z wielu topoli rosnących w tym miejscu i rozłamał pień na wysokości swojego torsu. Drewno chrupnęło odrażająco pod jego silnymi dłońmi, a ja i moi towarzysze skrzywiliśmy się mimowolnie.
Nie musiał od razu się tak popisywać, nie?
Wszyscy zamilkli, gapiąc się z różnymi minami (od wystraszonej po podekscytowaną) na mężczyznę w skórzanym płaszczu. Kto nosi płaszcz latem, tak a propos...
Mi w tej cienkiej koszulce było gorąco, a co dopiero mówić o jakimś ciężkim płaszczu.
Wyprostowałem się i przygładziłem dyskretnie ubrania. Sir Grand zaczął standardową formułkę, która od wielu lat pozostała niezmieniona.
-...następny rok spędzicie tutaj, zdani na własne umiejętności i zdolność przystosowania się...- na te kilka słów rozległy się oburzone jęki i pełne dezaprobaty szepty.
Skąd oni się urwali? Myśleli, że po co niby tutaj jesteśmy...
Im mniej wiedzą, tym większą szansę przetrwać mam ja. Nie żebym zakładał, że pojawią się jakieś trudności.
Po wytłumaczeniu tym idiotom całej reszty pierdół, mogliśmy z powrotem przybrać postać zwierząt.
Poczułem jak mój platynowy łańcuszek wbija mi się w szyję podczas przemiany, po czym dopasowuje się pomiędzy sierścią.
Na głośny, niedźwiedzi ryk wszyscy rozpierzchli się w popłochu, chcąc wypełnić pierwsze zadanie- jedno z ważniejszych.
W okolicy znajdowało się kilkanaście (tak naprawdę nie wiadomo ile dokładnie) miejsc do zamieszkania: od prawie rozpadającej się drewnianej klitki, po kilkupiętrową, murowaną wieżę.
Nie zamierzałem mieszkać przez rok w pierwszej lepszej, albo w tym wypadku gorszej, ruderze.
Spokojnie przebierałem łapami, by nie złapał mnie skurcz czy inne cholerstwo. Na poszukiwania mieliśmy czas do zmroku. Kto nie dałby rady niczego sobie znaleźć, ten zostawał wykluczony z naszej społeczności oraz pozbawiony Daru i Umiejętności.
Skupiłem się na mijanych w szybkim tempie drzewach i próbowałem dostrzec, z której strony są porośnięte mchem. Nie zdawałem się całkowicie na wyczucie północy, która ciągnęła mnie do siebie, bo bywała zdradliwa.
Pierwsza lokacja została wykluczona przez idiotyczne serduszko wycięte w jednej z okiennic. Nie jestem babą... Drugi był drewniany domek na drzewie, który również do niczego się nie nadawał i zresztą wyglądał debilnie.
Trochę zdziwiło mnie to, że natrafiłem już na dwa miejsca, kiedy minęła dopiero może jedna godzina.
Warknąłem pod nosem, gdy do moich uszu dotarł denerwujący pisk, świadczący o tym, że jeden z moich konkurentów już znalazł swoją lokację. Pewnie wybrał pierwszą norę, na którą natrafił, pff.
Rzeka.
Ruszyłem w przeciwnym kierunku do jej nurtu i już po kilkunastu minutach spomiędzy gęstych świerków wyłonił się kamienny komin. Wokół było niesamowicie zielono od soczystej trawy i miękkiego, dającego przyjemne uczucie pod łapami, mchu.
Zawyłem głośno, odchylając głowę do tyłu, a z miejsca zbiórki dosłyszałem dumne wycie mojego ojca. Uf, udało się.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz